Koniec turystyki?

turystyka masowa blog podróżniczy
Dach nad głową - dla podróżnika czasem dobro luksusowe...

Do poniższych przemyśleń zainspirowała mnie fala artykułów na temat ruchu antyturystycznego. Przez Barcelonę, Wenecję i Dubrownik przetaczają się manifestacje przeciwko napływowi turystów. Pojawiają się przypadki fizycznych napaści na gości z zagranicy oraz inne akty przemocy. Lokalne rządy postanawiają prawnie ograniczać liczbę zwiedzających. Władze Amsterdamu na stronie internetowej wprost proszą o nierezerwowanie noclegów w tym mieście!

Z drugiej strony, coraz więcej turystów wraca do domu rozczarowanych. Rozczarowanych tłokiem, brudem, wiecznymi kolejkami i zawyżonymi cenami. Rzeczywistość zwiedzających w niczym nie przypomina tej reklamowanej w broszurach biur podróży. Turyści traktowani są jak chodzące portfele, na każdym kroku naciągani na kolejny wydatek. O realnych kontaktach z lokalsami mogą raczej zapomnieć.

Czy to ewidentne przesilenie w relacjach zwiedzających i gospodarzy oznacza to koniec modelu turystyki, jaki znamy z ostatnich dziesięcioleci?

Ruch antyturystyczny

Początkowo informacja ta wywołała we mnie oburzenie – jak ludzie, którzy przecież żyją z turystyki, mogą przeciw turystyce protestować? Czy nie podcinają w ten sposób gałęzi, na której sami siedzą? Jeśli wypłoszą turystów, z czego będą żyć? Po chwili przyszła refleksja. Skoro protestujący potrafią zrzeszać się i organizować wielotysięczne manifestacje, problem rzeczywiście musi istnieć. Ruch antyturystyczny nie jest wołaniem garstki radykałów.

Na koniec pojawiło się… zrozumienie. Przecież i ja w pewien sposób przynależę do ruchu antyturystycznego. Przynależę mentalnie. Już od dawna narzekam na zbyt dużą liczbę turystów przetaczających się każdego dnia przez Rynek Główny w Krakowie. Jestem zmęczony hałasem i brudem generowanym przez nierzadko pijanych gości z zagranicy. Oburzają mnie coraz wyższe ceny w restauracjach i barach, niepokoi ciągły wzrost cen wynajmu mieszkań, nie tylko w ścisłym centrum Krakowa.

Z ręką na sercu – nie zdarzyło Ci się myśleć podobnie?

blog podróżniczy kraków
Kraków. Tysiące, dziesiątki tysięcy turystów przelewają się codziennie ulicami miasta.

Barcelona, Wenecja, Kraków…

Wszystko zaczęło się w Barcelonie i równolegle w Wenecji. Oba miasta są perłami europejskiej turystyki, odwiedzanymi corocznie przez setki tysięcy ludzi. W miarę napływu odwiedzających, mieszkańcy Barcelony zaczęli obserwować negatywne zmiany generowane przez wzmożony ruch turystyczny. Pojawiło się to, co znam osobiście z ulic Krakowa, tylko chyba w większej skali.

Lokalne środowisko…

Przede wszystkim tłumy maszerujące ulicami Barcelony każdego dnia wywierają presję na lokalne środowisko. Ilość śmieci, odpadków, plastikowych butelek walających się po ulicach wzrasta proporcjonalnie do liczby odwiedzających miasto. Z roku na rok, ulice miasta (zwłaszcza te boczne) coraz bardziej przypominają dziki śmietnik.

Zachowanie samych turystów też odbiega od ogólnie przyjętego hiszpańskiego wzorca zachowania. Będąc na wakacjach, czują się oni niejako zwolnieni z obowiązku utrzymywania dobrych manier. W końcu to urlop – wreszcie można zaszaleć… To, co jest chwilą relaksu lub zapomnienia dla urlopowiczów, staje się przykrą codziennością dla lokalnych mieszkańców. Głośni, przekrzykujący się turyści blokujący ruch pozując do kolejnego selfie to tylko wierzchołek góry lodowej.

śmieci
Tysiące turystów pozostawiają tysiące ton śmieci. Małe lub biedne miasta mogą nie nadążać z ich wywozem.

Wieczorami problem tylko narasta. Morze alkoholu wypite w masowo otwieranych barach przynosi efekt. Na ulicach pojawiają się grupy pijanych gości z zagranicy, którzy zupełnie nie kontrolują swojego zachowania. Zwłaszcza Anglicy, którzy stanowią największą grupę odwiedzających Hiszpanię, zachowują się w sposób kontrowersyjny. Bieganie nago po ulicach, sikanie do fontanny, wymiotowanie na ulicy wprost na czyjąś wycieraczkę zaczyna stanowić przykry standard. Część pijanych gości staje się agresywna. Na ulicach robi się po prostu niebezpiecznie.

…i lokalne portfele

Brudne, niebezpieczne ulice uniemożliwiające codzienne życie to jedna strona medalu. Druga strona medalu ma wymiar ekonomiczny. Na turystach da się zarobić więcej niż na lokalnych mieszkańcach. Prawda ta dotarła już dawno do restauratorów, hotelarzy, najemców. W najbardziej popularnych turystycznych destynacjach z roku na rok poziom cen wzrasta. Rosną ceny obiadów w restauracjach, drożeje herbata, kawa czy piwo w kawiarniach i barach.

Duży popyt na miejsca noclegowe zmienia trendy na rynku nieruchomości. Coraz częściej lokale zamiast regularnego wynajmu przeznaczane są na najem krótkoterminowy. Wynajmowanie pokoi i mieszkań na doby zwyczajnie bardziej się opłaca. Sukces Airbnb oznacza porażkę rodzin z dziećmi, studentów, zwykłych mieszkańców miasta. W miejsce dawnych mieszkań pojawiają się hotele, hostele, apartamenty. Dawni mieszkańcy zmuszeni są do wyprowadzki, nie mogąc unieść stale podnoszonego czynszu.

Problem ten dotyka nie tylko ścisłe centrum miasta. Te od dawna są dla mieszkańców wymarłe. Dość powiedzieć, że na krakowskim Rynku zameldowanych jest dziś tylko 105 osób! Teraz kolej przyszła na dzielnice ościenne. Kolejne kwartały miast wyludniają się bądź zmieniają swój charakter. Największym problemem jest gentryfikacja. Jest to zmiana charakteru dzielnicy mieszkalnej, pierwotnie zamieszkanej przez szerokie spektrum lokatorów, w strefę zdominowaną przez mieszkańców o stosunkowo wysokim statusie materialnym. Biedni szukają mieszkań na obrzeżach miasta, w centrum pozostają tylko bogaci.

Dlaczego właśnie dziś?

Jeszcze do niedawna turyści traktowani byli jak skarb, jak żyła złota. Powszechnie uważano, że rozwój turystyki przyczynia się do rozwoju całego miasta. Co zmieniło się przez ostatnie lata? Skala zjawiska.

blog podróżniczy
Liczba turystów zameldowanych w hotelach w Barcelonie na przestrzeni lat. Źródło: https://www.statista.com

Popatrzcie na wykres powyżej. Jeszcze w 1990 roku Barcelonę odwiedziło tylko 1 730 000 turystów. Od tego czasu liczba mieszkańców miasta jest w miarę stała i wynosi 1 600 000 ludzi. Prosty rachunek: w 1990 roku na 1 mieszkańca przypadał mniej więcej 1 turysta. Nie tak źle…

W 2000 roku napływ turystów zwiększył się – na 1 mieszkańca przypadało już 2 turystów. Prawdziwy boom miał miejsce w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku. W 2010 roku Barcelonę odwiedziło ponad 7 milionów osób! Liczba ta z każdym rokiem rośnie. Obecnie na 1 mieszkańca Barcelony przypada ponad 5 turystów. Czy barcelończycy w Barcelonie mogą się czuć ciągle u siebie?

Wszystkie wyżej opisane problemy nie były znaczące przy  1-2 milionach turystów odwiedzających miasto rocznie. Równowaga została jednak zachwiana, a potem zburzona na początku XXI wieku.

Skąd ci turyści?

Co takiego zmieniło się w XXI wieku powodując masowy napływ turystów do europejskich miast. Zastanówmy się. Przede wszystkim podróżowanie stało się tańsze i łatwiejsze. W dobie tanich lotów i Internetu zorganizowanie wycieczki do dowolnego europejskiego miasta zaczyna być łatwe. Zbyt łatwe?

Moim zdaniem, na skokowy wzrost liczby turystów w Europie wpływ ma:

  • dostępność tanich lotów (Ryanair, Wizzair, loty za złotówkę)
  • dostępność informacji (Internet, wyspecjalizowane fora i blogi turystyczne)
  • dostępność tanich lokali (Airbnb)
  • łatwość przemieszczania się (strefa Schengen)
  • moda na turystykę

W mojej ocenie turystyka stała się dziś banalnie prosta i wyjątkowo tania. Jeszcze nigdy wyjechanie do innego europejskiego miasta nie było tak bezproblemowe. Co więcej, wyjeżdżanie za granicę jest wyjątkowo modne. Każdy chce pochwalić się na Facebooku zdjęciem pod Wieżą Eiffela lub pod Koloseum. Turystyka staje się produktem masowym.

Dokończenie artykułu o przyszłości turystyki na następnej stronie, zapraszam!


Pomogłem? Zainteresowałem? Doceniasz to, co robię? Podziękuj mi osobiście dołączając do grona fanów na Facebooku - dla Ciebie to jedno kliknięcie, u mnie tyle radości :)

blog podróżniczy okiem miszy
Tags from the story

Dodaj komentarz

4 komentarzy do "Koniec turystyki?"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
HotelWitek
Gość

To prawda, że turyści to nie tylko zysk w wymiarze ekonomicznym. Ograniczenie napływu turystów z pewnością byłoby odciążeniem szczególnie dla miast, w których nie liczy się sezonowość. Na przykład w gdańsku najwięcej turystów jest latem, zimą miasto może odpocząć. Ale w cieplejszych klimatach nie ma znaczenia czy to lato czy zima…;(

Nauka francuskiego
Gość

Dobrym rozwiązaniem byłoby po prostu ograniczenie miejsc hotelowych oraz wyższe opłaty za wstęp do atrakcji turystycznych 🙂 Nie oszukujmy się dużo osób jedzie x raz do Barcelony, czy Paryża :))

wpDiscuz