Lizbona: żyjące miasto czy tylko skansen?

Lizbona co zjeść
Smażone sardynki. Kwintesencja kuchni Lizbony.

Pamiętacie mój wpis o końcu turystyki? Udowadniałem w nim, że obecny model zwiedzania wyczerpuje się. Masowość turystyki może mieć negatywny wpływ na komfort życia mieszkańców, zawyżać poziom cen, pogarszać stan środowiska a także odbierać autentyzm i jakość doświadczania zwiedzającym. Opisałem dwa konkretne przypadki miast, w których ruch antyturystyczny rośnie w siłę: Barcelonę i Wenecję. Rzadko decydując się na weekendowe wypady do największych europejskich miast – city breaks – wydawało mi się, że zjawisko ciągle ma charakter lokalny. Że Barcelona, Wenecja, może Rzym i Kraków to tylko niechlubne wyjątki na przepięknej i autentycznej podróżniczej mapie Europy. I wtedy wyjechałem do Lizbony.

Lizbona wczoraj

Lizbona jest dla mnie miastem magicznym. To jedno z pierwszych zagranicznych miejsc, jakie kilkanaście lat temu miałem przyjemność zwiedzić korzystając z dostępności tanich lotów przewoźników niskokosztowych: Ryanaira i Wizzaira. Pamiętam do dziś napięcie towarzyszące ręcznemu przekopywaniu się przez setki dostępnych kombinacji lotów, późną nocą, z kartką, ołówkiem i kalkulatorem w ręku. Starałem się upolować okazję przed innymi gdy Ryanair ogłaszał promocje lotów za 1 PLN.

I udało się! Tani lot z przesiadką i noclegiem na płycie lotniska Charleroi, koszmarne zmęczenie podróżą, walka o każdy kilogram bagażu podręcznego zostały wynagrodzone: tuż po wyjściu z samolotu w Lizbonie uderzył mnie wilgotny, uspokajający zapach oceanu. Potem było tylko lepiej – kręte, przypominające labirynt strome ścieżki i alejki pozwalały przez chwilę poczuć się prawdziwym odkrywcą. Odrapane, ale niepowtarzalne i niebanalne kamienice mieściły lokalne tascas, czyli małe jadłodajnie z najlepszymi na planecie smażonymi sardynkami.

Całość osadzona w fascynującym kontekście historycznym i kulturowym. Kraj dawnych odkrywców, dumny naród świetnych nawigatorów co krok eksponował pomniki przeszłości. Park Edwarda VII, wieża Belem, słynny żółty tramwaj na tle Basilica da Estrela… Spacer po Lizbonie bardzo silnie zapisał się w mojej pamięci. Każdy kolejny widok odkrywałem trochę przypadkiem, mając ze sobą tylko papierową schematyczną mapę miasta z zaznaczonymi najważniejszymi punktami. Wróciłem oczarowany.

lizbona
Niezaprzeczalne piękno Lizbony. Zdjęcie z Foter.com

Lizbona dziś

Wyidealizowany obraz nastolatka, który zachłysnął się doświadczeniem podróży? Całkiem możliwe, ale… mam wrażenie że przyjeżdżając do dzisiejszej Lizbony jako nastolatek także byłbym zawiedziony.

Tym razem też zaczęło się dobrze: nowoczesne lotnisko jest bardzo dobrze skomunikowane z centrum miasta. Jasno opisane zasady zakupu biletów, poglądowe mapki, dostępna informacja. Widać, że miasto stara się zadbać o turystę już na pierwszym etapie poznawania się. Po wyjściu z metra tak dobrze już nie było. Swoje kroki skierowałem w stronę Zamku św. Jerzego skąd, jak pamiętałem, rozpościera się przepiękny widok na całe miasto. Planowałem po prostu przerzucić nogi przez murek i w spokoju kontemplować ciągnące się aż po ocean dachy kamienic.

Pierwszy dzwonek alarmowy usłyszałem, a raczej poczułem już w pierwszym zaułku. Klasyczne wąskie alejki z ciągnącymi się w górę schodami składają się na specyfikę Lizbony. Niestety, zarówno pierwsza, jak i kolejne alejki usłane były śmieciami. Wokoło unosił się ciężki zapach. Co tak śmierdzi? Po chwili, widząc nietrzeźwego turystę załatwiającego swoją potrzebę wprost na schody, już wiedziałem.

A więc unikam krętych alejek i wąskich zakamarków. Ani tam przyjemnie, ani bezpiecznie. Może chociaż miejsca o najmocniej kojarzące się z Lizboną mnie nie rozczarują?

Lizbona autentyczna
Szukając autentycznej Lizbony trzeba wyjechać poza ścisłe centrum.

Elevador da Santa Justa to klasyczna pułapka na turystów. Ścisk i tłok przy wejściu do windy są na tyle duże, że już na stałe postawiono tu tabliczkę informującą o przewidywanym czasie oczekiwania na wejście. Liczonym w godzinach. Co ciekawe, po drugiej stronie windy dostępne są schody…  Miejscowi omijają to miejsce szerokim łukiem.

Co dalej? Droga w kierunku zamku świętego Jerzego przeradza się w karykaturę. Mijam kolejne stoiska ze smażonymi sardynkami wyposażone w niezależne systemy nagłośnienia. Muzyka disco miesza się z dymem spalonej ryby i nawoływaniem kucharzy, tworząc trudną do zniesienia kompozycję. Obrazu dopełniają nachalni sprzedawcy selfie sticków i uliczni grajkowie próbujący przekrzyczeć elektroniczne głośniki. Do zamku – a jakże – długa kolejka. Czas oczekiwania – godziny. Zawracam.

Lizbona jutro?

Przyznam, że zderzenie z nieuporządkowanym i absurdalnie rozrośniętym dzikim handlem ulicznym było dla mnie odpychające. Ciężko było mi uwierzyć, że koncepcja parku kulturowego, wspólnej i harmonijnej przestrzeni starego miasta w Lizbonie właściwie nie istnieje. Brak przepisów ujednolicających i regulujących sektor turystyki ma tu moim zdaniem działanie kontrproduktywne – zamiast nakręcać sprzedaż i zyski, zniechęca do wizyty coraz większą liczbę turystów. Z okolic zamku św. Jerzego uciekałem zdegustowany, mając absolutnie dość zwiedzania.

Czy oznacza to, że Lizbona nie ma już nic do zaoferowania niezależnemu turyście, że fani Lizbony i szerzej Portugalii mylą się w swych ocenach miasta? Na szczęście nie do końca.

Lizbona parki
Szukając autentycznej Lizbony skierujmy swe kroki do jednego z lizbońskich parków… Zdjęcie: Foter.com

Trochę podobnie jak w moim rodzinnym Krakowie, w Lizbonie także niektóre dzielnice miasta zostały opanowane przez turystów. Mieszkańcy coraz rzadziej i mniej chętnie zaglądają w okolice centrum czy też starego miasta, zdając sobie sprawę z problemów opisywanych przeze mnie na początku wpisu: wysokich cen, tłumów, hałasu, natrętnych sprzedawców, braku autentyzmu. O ile w Krakowie przepisy regulują rozwój turystyki, który staje się bardziej harmonijny, o tyle w Lizbonie przepisów takich najwyraźniej rozpaczliwie brakuje.

Odpowiedź mieszkańców? Jak najbardziej pozytywna – przenoszą się oni coraz bardziej na obrzeża miasta, do dzielnic położonych poza ścisłym centrum, szukając miejsc niszowych, mało znanych, prawdziwych. I to jest właśnie moja odpowiedź i pomysł na odkrywanie Lizbony: oddalenie się od turystycznego centrum.

Zapraszam na alternatywne zwiedzanie Lizbony na następnej stronie!


Pomogłem? Zainteresowałem? Doceniasz to, co robię? Podziękuj mi osobiście dołączając do grona fanów na Facebooku - dla Ciebie to jedno kliknięcie, u mnie tyle radości :)

blog podróżniczy okiem miszy

A jeśli jesteś dopiero pierwszy raz na blogu, to najlepiej zacznij od TEJ STRONY

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o