Jeszcze podróżowanie nie zginęło?

prawdziwy podróżnik
Czy da się jeszcze spotkać prawdziwych podróżników?

Status projektu, ocena kwartalna, kolejne spotkanie i dziesiątki maili. Zatopiony w takich myślach, daleki od podróżniczych uniesień, wracałem po przerwie obiadowej do krakowskiego biura. Mijałem właśnie Rynek Podgórski, gdy moje spojrzenie przykuł niecodzienny dziś widok. Dwoje ludzi w skupieniu studiuje mapę, co chwilę bezradnie rozglądając się wokół siebie. Toczą przy tym ożywioną dyskusję, najwidoczniej próbując zorientować mapę i określić swoje położenie.

Podróż do przeszłości?

Nie mają smartfonów? Niemożliwe, nie wyglądają na przybyszów z innej planety. W takim razie dlaczego nie zapytają o radę wszechwiedzących Google Maps? Przystanąłem kawałek dalej, będąc ciekawym kierunku, jaki ostatecznie obiorą zagubieni podróżni. Ci po kilku chwilach bezowocnej wymiany zdań postanowili zapytać o drogę przechodnia. Kolejna strategia, obok analizowania papierowej mapy, jaką pamiętam z dawnych czasów, a która wraz z upowszechnieniem się smartfonów i taniego internetu odchodzi powoli w niepamięć.

Pech chciał, że przypadkowy podróżny nie mówił po angielsku. Wymiana gestów i uśmiechów, choć miła, nie zbliżała zagubionych podróżnych do rozwiązania zagadki. W tym momencie postanowiłem, dosłownie i w przenośni, wyjść z cienia i pomóc na ile będę potrafił. Pochodząc do stojących nad mapę turystów układałem sobie w głowie najkrótszą drogę na Rynek Główny, będąc przekonany że tam właśnie chcieliby się znaleźć niecodzienni goście. Ci jednak wcale nie poszli na łatwiznę – poprosili mnie po prostu o określenie swojego położenia na mapie, najwidoczniej chcąc na własną rękę kontynuować planowanie trasy i dalszą wędrówkę.

Papierowa mapa podróżowanie
Duża papierowa mapa w ręku podróżnika. Nieczęsty obrazek.

Na Krzemionki!

Zaskoczony, udzieliłem im szybkich wskazówek i odsunąłem się o krok, chcąc wracać do biura. Nie mogłem jednak powstrzymać ciekawości i spytałem na odchodne, co chcieliby zobaczyć tajemniczy turyści. Pytanie to, połączone ze szczerym uśmiechem, przełamało jakby tamę nieufności i skłoniło turystów do podzielenia się swoimi planami. Dowiedziałem się, że para z Włoch, jak wywnioskowałem teraz z ich akcentu, ma w planach zwiedzanie górnej, mniej znanej części Parku Bednarskiego i położonych jeszcze wyżej Krzemionek.

W duchu pochwaliłem ich za wybór – ze stromych skał Krzemionek rozpościera się wyjątkowa i mało znana panorama Krakowa, sam Park Bednarskiego także stanowi ciekawostkę na mapie miasta. Kolejna myśl zaintrygowała mnie – w jaki sposób dowiedzieli się o tym miejscu? Bez wątpienia przed przyjazdem do Krakowa musieli włożyć sporo wysiłku w rozeznanie terenu i zaplanowanie interesującej ich trasy. Zacząłem się zastanawiać, czy kiedykolwiek zdarzyło mi się spotkać turystów w rejonie Krzemionek, ale nie mogłem niczego sobie przypomnieć.

Wielka Serpentyna Park Bednarskiego
Wielka Serpentyna późną jesienią. Najmniej znana, najbardziej tajemnicza część Parku Bednarskiego.

Prawdziwi podróżnicy

Jak mogłem najlepiej opisałem im drogę, udzielając dodatkowych wskazówek na temat skrótów, optymalnej trasy i czekających ich ciekawostek. Po tym, jak się już pożegnali, stałem jeszcze chwilę upewniając się, że wybrali właściwą ulicę i podążają w wybranym kierunku. Dopiero po kilkunastu minutach, gdy na powrót było już stanowczo za późno, zdałem sobie z tego sprawę. Kilkanaście minut temu spotkałem ludzi stanowiących w Krakowie coraz większą rzadkość: prawdziwych podróżników.

Dopiero teraz dotarło do mnie to, co powinno być od początku oczywiste: studiowanie papierowej mapy, a nie smartfona, musiał być świadomym wyborem Włochów. Z rozmysłem wybrali trudniejszą, ale przynoszącą więcej satysfakcji metodę przemieszczania się. Podnosząc wzrok znad smartfona, przenosząc go na mapę, szukając punktów odniesienia, dużo mocniej i wyraźniej  rejestrowali otoczenie. Łatwiej i szybciej poznawali topografię miasta, zapisując w głowie kolejne mijane skrzyżowania, charakterystyczne punkty, obrane skróty. Wspomnienia w pokonywanej trasy zostaną na długo w ich głowach, podobnie jak (mam nadzieję) rozmowy z napotkanymi ludźmi i pytania o drogę.

Ubogi smartfonem

Przypomniałem sobie swoje własne doświadczenia, gdy prowadzony ściągniętą na komórkę mapą przemieszczam się między kolejnymi ważnymi zabytkami jednej z europejskich metropolii. Owszem, pokonuję trasę w optymalny, najszybszy sposób. Faktycznie redukuję czas spędzony „pomiędzy”. Tyle że później w pamięci zostaje mi tylko kilka przebitek pod monumentalnymi budowlami.

Polecam tą firmę w walce o odszkodowanie. Mi realnie pomogli odzyskać pieniądze.
Odszkodowanie za opóźniony lot.
koniec turystyki
Mania fotografowania.

Nie potrafię określić charakteru miasta, nie pamiętam czy przechodnie spieszą się, czy wręcz przeciwnie, spokojnie spacerują ulicami. Nie pamiętam, czy ruch uliczny stanowi problem. Jak często i jakie autobusy obsługują popularne trasy? A może to były tramwaje? Czy na chodnikach mija mnie wielu rowerzystów? Co zwykli kupować przechodnie w kioskach? Kawę? Gazetę? Wodę? O czym rozmawiali? A same ulice – jakie one były? Wąskie, strome, pełne schodów, czy raczej szerokie i przecinające się pod kątem prostym? Ile parków minąłem po drodze? Jaki był ich charakter? Czy były w nich fontanny z wodą pitną? A wrażenie miasta jako całości? Jego odgłosów, zapachu, kolorów? Raczej krzykliwe i rozbawione, czy stonowane i ciche?

Coraz częściej łapię się na tym, że skupiony maksymalnie na wyświetlaczu smartfona gubię te pozornie mało ważne detale. A później kolejnego dnia, przemierzając tą samą trasę, znów muszę wyjąć komórkę bo nie pamiętam pokonanej wczoraj trasy. Po powrocie do domu wspomnienia są dziwnie ubogie i brakuje im dawnego detalu. I od pewnego czasu, podobnie jak Włosi, staram się na powrót korzystać ze sprawdzonej sztuczki: smartfon chowam do plecaka, a wyjmuję z niego papierową mapę.

Papierowa mapa blog turystyczny
Czysta przyjemność.

Papierowa mapa

Ta okazuje się świetnym pretekstem do zaczepienia lokalnego przechodnia, otwarcia dyskusji, wymiany uśmiechów. Ilość i jakość wspomnień wraca na dawny poziom, znów jestem uważny i skoncentrowany na otaczającym mnie świecie jako całości, a nie tylko wybranych przez kogoś najważniejszych punktach. Po kilku dniach zwiedzania miasta na własną rękę znam jego topografię i czuję jego ducha. Świadomie wybierając skróty czy wracając do ulubionej kawiarni zaczynam czuć się mieszkańcem, a nie tylko turystą. Rozpaczliwe zerkanie na komórkę zaczyna być coraz bardziej wstydliwą czynnością.

Zwiedzanie tematyczne

Jest jeszcze drugi aspekt mojej włoskiej przygody, który uświadomiłem sobie o wiele później. Jest nim świadoma koncentracja na wybranych detalach, odkrywanie miejsca w sposób tematyczny, świadomy. Mogę tylko domyślać się, co w Krakowie próbowali odkryć włoscy podróżnicy. Czy byli bardziej zainteresowani krakowskimi parkami, ich charakterem? Sprawdzali, w jaki sposób krakowianie spędzają czas wolny? Raczej na ławkach, czy na trawie? Aktywnie czy na plotkach? I czym różnią się od siebie krakowskie parki? To przecież temat na całodzienną przygodę.

blog podróżniczy
W przygotowanie podróży trzeba włożyć trochę wysiłku.

A może poznałem miłośników miejskich panoram? Może para Włochów próbowała uchwycić linię miasta, jakiej nie widział jeszcze nikt przed nimi? Po gruntownej analizie mapy Krakowa wybrali kilka najwyżej położonych lokalizacji i rozpoczęli niełatwą wędrówkę od miejsca do miejsca? Czy znaleźli to, czego szukali? Jaka panorama spodobała im się najbardziej? A może kierowała nimi ciekawość jeszcze innego rodzaju, taka, której nie jestem w stanie nawet się domyślić?

Prawdziwe podróżowanie

Jakikolwiek był prawdziwy temat ich wizyty, dał mi dużo do myślenia. W dzisiejszych czasach jesteśmy wręcz zalani ilością informacji i ciekawostek na temat niemal każdego odwiedzanego miejsca. Zobaczenie wszystkiego, poświęcenie każdemu miejscu należytej uwagi jest wręcz niemożliwe. Zaczynamy wpadać w pośpiech, staramy się upchać maksymalnie dużo w planie naszej wizyty. Kończymy biegając od zabytku do zabytku, robiąc szybkie zdjęcie i pędząc dalej bo goni czas. To, co pomiędzy, staramy się zoptymalizować, czyli skrócić, zredukować. A potem po powrocie pozostaje dziwny niesmak. Niby tyle widzieliśmy, a nie umiemy powiedzieć wiele o odwiedzonym miejscu. Gdzieś uciekł nam klimat, przestajemy pamiętać co przedstawiają zrobione własnoręcznie zdjęcia.

Dwie rzeczy zostały mi w głowie po spotkaniu z prawdziwymi podróżnikami. Po pierwsze, na każdy wyjazd na powrót pakuję ze sobą papierową mapę. Traktuję ją jako klucz nie tylko do odwiedzanego miejsca, ale i do uwagi i sympatii lokalnych mieszkańców. Po drugie, budując plan zwiedzania, nie nastawiam się na ilość, a na jakość. O ile to możliwe, staram się swojemu zwiedzaniu nadać jakiś temat. Tak powstał choćby wpis o muralach w Berlinie. Mając tylko 2 dni na Berlin, z góry pogodziłem się z myślą, że większości ważnych miejsc po prostu nie zobaczę. I wiecie co? Ulżyło mi, a wręcz dziecięcą ciekawość i frajdę związaną z odszukiwaniem kolejnych murali pamiętam mocno do dziś. Czy poznałem Berlin? Nie mam pojęcia, natomiast o jego muralach wiem całkiem sporo.

Berlin mural street art
Selfie ze śmiercią. Mój ulubiony mural w Berlinie.

 

Część zdjęć nie jest mojego autorstwa:

Photo by huub zeeman on Foter.com / CC BY-NC-ND

Photo by pedrosimoes7 on Foter.com / CC BY

Photo on Foter.com



Pomogłem? Zainteresowałem? Doceniasz to, co robię? Podziękuj mi osobiście dołączając do grona fanów na Facebooku - dla Ciebie to jedno kliknięcie, u mnie tyle radości :)

blog podróżniczy okiem miszy

A jeśli jesteś dopiero pierwszy raz na blogu, to najlepiej zacznij od TEJ STRONY

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o