Licznik życia

blog podróżniczy
Na rowerze jak w życiu, ciągle gdzieś się spieszymy.

Do pracy dojeżdżam od wielu miesięcy rowerem. Na rowerze licznik, taki przeciętny, z pomiarem bieżącej prędkości plus kilkoma dodatkowymi funkcjami. Przyznam, że rzadko przeskakuję pomiędzy funkcjami. Podstawowy pomiar prędkości plus jedna dodatkowa funkcja w zupełności mi wystarcza. Zdarza się, że nie przestawiam ustawień licznika przez kilka tygodni, zadowolony z wyświetlanej informacji. Dopiero niedawno zreflektowałem się, że to ulubione, niezmienne ustawienie licznika w rzeczywistości ewoluuje w czasie.

Średnia prędkość

Jeszcze do niedawna na moim liczniku królowała średnia prędkość. Poza jak najwyższą prędkością bieżącą, dążyłem też do maksymalnej średniej na całej trasie. Takie podejście sprawiało, że każde zwolnienie, każde światła, każdy postój zaczynał mnie niecierpliwić, wręcz denerwować. Nie wystarczało mi szybkie tempo bieżącej jazdy, ciągle myślałem o tych momentach pomiędzy, chwilach w których „traciłem” prędkość, zaniżałem średnią.

Pewnego dnia licznik spadł mi z roweru i wpadł pod koła samochodu. Efekt – zmiażdżony wyświetlacz i konieczność jazdy przez dwa tygodnie bez licznika. Te dwa tygodnie były dla mnie niczym „detoks” od średniej prędkości. Ciągle podobnym tempem dojeżdżałem do pracy, ciągle przyjeżdżałem mniej więcej o tej samej godzinie, jednak nie zerkałem już nerwowo na licznik kontrolując średnią prędkość.

Cieszył mnie pęd roweru na długich prostych, dalej sprawiała przyjemność szybko jazda w sprzyjających warunkach, ale też częściej zwalniałem, chcąc nacieszyć się pięknym widokiem czy promieniami porannego słońca. Okazało się, że bez informacji o średniej prędkości zupełnie nic w moim nastawieniu do roweru się nie zmieniło: dalej czułem motywację, radość z jeżdżenia. Jedyną różnicą był brak presji czasu, presji na wynik, ciągłej kontroli. Punktem odniesienia stał się nie wczorajszy wynik, tylko bieżące odczucia i spostrzeżenia.

mindfulness
„Szybciej” nie zawsze oznacza „szczęśliwiej”.

Temperatura

Po kupnie nowego licznika zmieniłem strategię. Coraz częściej przełączałem się z trybu prędkości średniej na całkowity dystans, zegar, by skończyć na pomiarze temperatury. Zmiana o 180 stopni? Tylko pozornie…

Pomiar temperatury, podobnie jak średnia prędkość, uważam za jedno z kluczowych wskazań licznika. Zawsze zerkam na niego jeszcze przed wskoczeniem na siodełko, by prawidłowo dobrać strój do warunków pogodowych. Rezultat? Rzadziej niż do tej pory wyjeżdżam na trasę źle ubrany, rzadziej dojeżdżam do celu spocony albo zmarznięty. Pomiar temperatury przykuł moją uwagę na powrót do chwili bieżącej, do samego momentu wejścia na rower, do rozpoczęcia wycieczki.

Od czasu przełączenia się na tryb temperatury dużo większą satysfakcję niż kiedyś sprawia mi obserwowanie pogody za oknem przed wyjazdem na trasę, jestem też dużo bardziej świadomy warunków na trasie. Nie ukrywam, dużą satysfakcję daje mi też pokonywanie własnej słabości i wyjeżdżanie na rower gdy pogoda jest fatalna.

Motywację stanowi teraz nie chęć pobicia średniej z zeszłego dnia, nie zakotwiczenie w przeszłości, ale chęć zmierzenia się z warunkami i trudnościami dnia dzisiejszego. Do tego dochodzi przyjemność z jazdy podczas ciepłego, słonecznego dnia. Na koniec, poszczególne dni jazdy lepiej zapisują się w mojej pamięci. Wychodząc od temperatury, przechodząc przez obserwację nieba, siły wiatru, opadów zapamiętuje poszczególne dni dużo lepiej niż kiedyś. Wspomnienia z poszczególnych wycieczek to coś więcej niż garść statystyk rozłożonych w skali miesiąca.

jazda rowerem
Coraz częściej jadąc na rowerze skupiam się na mijanym krajobrazie, a mniej na liczniku.

Dystans całkowity

Czasem, gdy motywacja do kolejnej przejażdżki spada, przełączam ustawienie licznika i patrzę na dystans całkowity. Każdy kolejny dzień na rowerze delikatnie podbija licznik, jednak nie ma dramatycznego wpływu na jego wartość. Dużą satysfakcję daje mi spojrzenie wstecz, objęcie pamięcią tych wszystkich dni, które złożyły się na całkowity dystans (a które od czasu przełączenia się na tryb temperatury pamiętam o wiele lepiej). Nie odczuwam przy tym presji, by każdy kolejny dzień porównywać z poprzednim. Świadomość, że jeden dzień stanowi tylko ułamek całkowitego dystansu pozwala zachować odpowiedni dystans.

Licznik życia

Przełączenie trybu licznika było dopiero pierwszym etapem zmian, jakie spowodowała jego awaria. Po zmianie trybu śledzenia rowerowych przejażdżek zacząłem się zastanawiać nad ustawieniem licznika w innych aspektach mojego życia.

Podróże

Jeśli chodzi o podróże, to już od dawna licznik ustawiony mam na na ‚temperaturę’, czyli „tu i teraz”. Od dawna jakości wycieczki nie mierzę w kilometrach od domu, a siłą przeżyć, prawdziwością spotkania z ludźmi. Przykładowo wycieczka do Maroka, mimo że dość odległa od domu, okazała się bardziej przewidywalna i sztampowa niż wypad w dziki Beskid Niski.

Nie nakręcając się niepotrzebnie na wyczyn, na chęć zaimponowania komukolwiek, potrafię lepiej, mocniej, bardziej przeżywać nawet te najbliższe wycieczki. Co oczywiście nie wyklucza podejmowania wyzwań, patrz choćby wycieczka na najwyższy wulkan Iranu, Damavand 🙂

Życie zawodowe

W życiu zawodowym jest trochę trudniej. Niejako automatycznie porównujemy się przecież z innymi, patrzymy na średnie zarobki, wysokość premii, przyznane benefity… W tym ciągłym pościgu za pozycją zdarza się chyba, że gubimy to zwykłe zadowolenie z dobrze wykonanej pracy. Te małe sukcesy, podziękowanie współpracownika, zakończenie projektu, wesołe momenty w przerwie obiadowej.

uważność
Czy w pracy można przełączyć się na tryb uważności?

Tu przyznam trudniej przełączyć mi się na tryb ‚tu i teraz’. Bardzo lubię współzawodnictwo, sprawia mi satysfakcję rywalizacja. Niestety, rzutuje to czasem na moją ogólną ocenę dnia pracy. Zamiast docenić to, co dobre, ja myślę o tym, co przyjdzie jutro. Planuję kolejny ruch. Analizuję harmonogram. Życie zawodowe trudno mi przełączyć na tryb uważności, potrzebuję chyba inspiracji. Może jakieś podpowiedzi w komentarzach? 😉

Czas wolny

W końcu czas wolny, chyba najtrudniejsze wyzwanie. Tak łatwo go przecież „zmarnować”. Często łapię się na tym, że już poprzedniego dnia planuję dzień kolejny co do minuty, sporządzam listę „sensownych” zadań do wykonania w czasie wolnym. Każdą minutę usiłuję wykorzystać na maksa, przecież czasu wolnego jest tak mało… Gdy nie mam nic konkretnego do roboty, irytuję się. Podczas jednego zajęcia (np. nauki języka) już planuję kolejne (wieczorne kino).

Myśląc i działając w taki sposób, czasem kładę się spać rozdrażniony. Mimo napiętego grafiku i ciekawych zajęć, coś mi umknęło. Zamiast cieszyć się tym, co w danej chwili robię, byłem nieobecny, myślami gdzieś dalej. Czas mijał mi szybciej niż myślałem, a ja rzucałem się w wir nowej czynności. I tak dzień za dniem, coraz intensywniej planując i coraz bardziej tracąc kontrolę…

A gdyby spróbować zaplanować mniej, a działać intensywniej? Cieszyć się tym, co robię bez presji czasu? Przenieść pozytywne doświadczenia z podróżowania na pozostałe zajęcia? Pierwsze próby już dawno za mną, ale łatwo nie jest! Tym niemniej, ciągle staram się przełączyć ze ‚średniej prędkości” na „temperaturę”…

tu i teraz
Tu i teraz.

Photo credit: Foter.com

 


Pomogłem? Zainteresowałem? Doceniasz to, co robię? Podziękuj mi osobiście dołączając do grona fanów na Facebooku - dla Ciebie to jedno kliknięcie, u mnie tyle radości :)

blog podróżniczy okiem miszy

Dodaj komentarz

6 komentarzy do "Licznik życia"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Irmina
Gość

Udanego przełączenia się na „temperaturę”!

Dawid - blog podróżniczy
Gość

Normalnie jakbym o sobie czytał… Dla osoby, która ciągle ma 100 spraw do załatwienia i żyje w nieustannym biegu, wcale nie tak łatwo jest zmienić myślenie na TU I TERAZ. Mimo pełnej świadomości, ze tak być powinno i myślenie o obowiązkach podczas przyjemności, właśnie tę przyjemność zabija. Pierwszy krok to świadomość, a drugi to realizacja. Pozdrawiam!

Podstawyniemieckiego.pl
Gość

Ja również często jeżdżę do pracy rowerem ale wiadomo najbardziej kocham wycieczki rowerowe 🙂

Edyta Tkacz
Gość

Ooooo, jeśli wycieczka do Maroka była przewidywalna i sztampowa, to znaczy, że była źle zorganizowana. Wracaj do Maroka, żeby odczarować sobie ten kraj. 🙂

wpDiscuz